Narodził sie projekt strzelanki w klimatach AVP. Ma być to strzelanie nocne, jak najbardziej klimatyczne.
Odbędzie się we wrześniu, konkretna data do ustalenia.
Tutaj macie wprowadzenie, które mam nadzieje pozytywnie Was nastawi do imprezy
AVP WPROWADZNIE
15 Września 2379 roku, godzina 23:35 czasu ziemskiego
Cholera. W głowie mi dudni, gorzej niż po ćwiczeniach artyleryjskich, gdy zapomniałem uruchomić filtry foniczne w hełmie. Jeśli przeżyje, to na pewno będą musieli dorzucić jakąś okrągłą sumkę do tego ich pierdolonego medalu. Chociaż teraz najważniejsze jest to by wydostać się z wahadłowca. Reszta zespołu wygląda nienajlepiej. Evans chyba zwymiotował i teraz śpi we własnych rzygach. Na pewno już więcej nie będzie się obżerał przed misją. Spokojnie – jak na symulacjach. Gdzie ten pierdolony przełącznik?
15 Września 2379 roku, godzina 18:03 czasu ziemskiego
Pobudka. W końcu. Kilka miesięcy kriosnu powodują, że nogi strasznie drętwieją. Skoro nas budzą, to pewnie zbliżamy się do LV-426, jednego z księżyców Acheon. Ciekawe czy te legendy sprzed 200 lat są prawdą. K*rwa, ten kriosen robi ci z mózgu papke. Ja nigdy nie wierzyłem w legendy.
- Wstawać panienki, tutaj kapral Bishop, zbierać dupska z łóżeczek, pobrać odprawę i zgłosić się po sprzęt. Zrzut o godzinie 2100.
5 miesięcy snu, 3 godziny i do akcji? Daje słowo, jak ja byłbym kapralem…
- Hej Wilowitz! Masz mine jakbyś się zmoczył we śnie!
Evans. Czemu to zawsze jest Evans? Odkąd pamiętam tego dupka sadzano zawsze obok mnie. Te jego tlenione włosy i wiecznie uśmiechnięta gęba doprowadza mnie do szału. „Panny na to lecą!”, tak, w moją dupe. Szkoda, że do szkolenia nie przykładał takiej uwagi jak do swojej aparycji.
- No co jest Wilowitz, czyżbym zgadł?
- Jeśli cenisz swój prosty nos, to na twoim miejscu zamknąłbym gębe.
Szkoda mi czasu na tego idiote. Zwłaszcza, że nie ma go zbyt dużo. Zadziwia mnie jak technika poszła na przód. Teraz w ostatniej fazie kriosnu, po przywróceniu części funkcji życiowych, rurkami dostarczana jest wprost do krwioobiegu wysoko energetyczna maź, pełna witamin, protein i innego szajstwa. Dzięki temu można zaoszczędzić kupę czasu. Dla mnie znaczy to jedno – bardzo drogą urynę. Evans coś mruknął pod nosem, co zabrzmiało jak „Pieprzyć te rurki, ide na stołówke”. Kretyn.
Pora ruszać do zbrojowni, większość z tych głąbów myśli, że jest na wakacjach. Nigdy rząd nie wysyła tak wielu uzbrojonych ludzi do uszkodzonego nadajnika. Raczej to ich niepokoi, czemu dotąd nie został naprawiony. Czuję, że nie wszystko nam mówią, a smród polityki i zaściankowych zagrywek czuć z daleka. Gdyby nie płaca, to bym nigdy nie dał się w to wciągnąć.
15 Września 2379 roku, 18:42 czasu ziemskiego.
S.S. Levinsky jest ogromnym statkiem. Dotarcie do zbrojowni zajęło mi lekko ponad półgodziny. Przez ten czas statek ustawił się w dogodnym miejscu na orbicie, a na moim PDA wylądował cały briefing. Tradycyjne pierdolenie od rzeczy. Wszystko ograniczało się do „Po opuszczeniu LZ udać się do punktu zbiórki, zabezpieczyć teren i czekać na dalsze wytyczne”. Dziwi mnie fakt, że nie przedstawiono w tym roli i zachowania wobec miejscowych. Zupełnie jakby się ich nie spodziewano.
Zbrojownia zawsze poprawiała mi humor. Zwłaszcza jak widzę na ekranie, że przydzielono mi starego, lecz sprawdzonego M56. Zawsze byłem zwolennikiem dużych klamek.
- Uwaga! Zbliża się pocisk. Uderzenie za 10, 9 , 8…
K*rwa mać! Jaki pocisk?! Przecież jesteśmy na orbicie, w koło nie może być żaden inny okręt bojowy, a mały wahadłowiec, który mógłby uniknąć naszych czujników, swoim uzbrojeniem nie jest w stanie zarysować lakieru na rufie Levinsky. Na księżycu Acheon znajdywała się mała kolonia, nie posiadająca systemów obrony orbitalnej - to na pewno nie oni. A jednak globalny alarm zwiastuje najgorsze. Mam tylko sekundy by się czegoś chwycić.
– … 3, 2, 1, uderzenie –
Co to do cholery było?! Zatrzęsło nami, jak żydem na widok miedziaków.
– Naruszono poszycie kadłuba. Sektory od 4 do 21 odizolowane. Główny reaktor uszkodzony, moc silników 11%.
Cholera jest źle. Gorzej chyba niż na Taurusie 3. Za wizjerem coś mi przeleciało. Masa żółtodziobów odlatujących w próżnie. Komora krio była w sektorze 4. Pieprzeni idioci, sami są sobie winni.
- Okręt znajduje się na kursie kolizyjnym z LV-426. Uderzenie za 13 minut. Ewakuacja personelu. Proszę udać się do najbliższego wahadłowca ratunkowego.
K*rwa pięknie. Na całe szczęście zbrojownia jest blisko doków. Ergonomia jak to nazywają. 13 minut to dużo. Jednak lepiej się pośpieszyć, mieliśmy mieć 3 godziny. Czas rozruszać nogi.
15 Września 2379 roku, 18:45 czasu ziemskiego.
Dotarłem do wahadłowca. Zadziwiające jest to, że na osiem wolnych miejsc, sześć już było zajętych. Czyli jednak jest tu paru zawodowców. Każda z twarzy która na mnie teraz patrzyła wydawała mi się taka sama. Czas stąd spadać. Wahadłowce ratunkowe są stworzone dla debili. Jeden wielki czerwony przycisk, za małą pleksiglasową płytką. Naciśnięcie go powoduje zamknięcie drzwi i uruchomienie silników. Komputer sam obiera kurs na najbliższą możliwą bezpieczną lokalizacje – na wszelki wypadek, gdyby pasażer nie był w stanie pilotować. M56 powędrował do specjalnego uchwytu, ostatnie co chciałbym zobaczyć w tej kabinie, to skaczący po podłodze karabin maszynowy podczas turbulencji.
Drzwi zaczęły powoli zamykać się z sykiem.
- Stać! Poczekajcie na mnie!
Cholera, to Evans. Czemu akurat on?
- Evans kretynie, szybko! Nie przytrzymam długo tych drzwi.
Będę tego żałował. Na pewno.
- Uwaga! Zbliża się pocisk. Uderzenie za 10, 9 , 8…
K*rwa wiedziałem. _________________

Ostatnio zmieniony przez Majzok dnia 26 07 2010, 23:24, w całości zmieniany 1 raz |